niedziela, 13 grudnia 2015

Medellin

Medellin jest drugim co do wielkosci miastem Kolumbii. W 2013 roku w konkursie ´´City of the Year´´ organizowanym przez The Wall Street Journal zostalo wybrane (w glosowaniu internetowym) jako najbardziej innowacyjne miasto na swiecie.

Mielismy kilka punktow, ktore musielismy zobaczyc w Medellin. Po miescie poruszalismy sie metrem, ktore jest najwygodniejszym srodkiem transportu. Metro w Medellin to jedyne metro w calej Kolumbii, funkcjonuje od 1995 roku i nie posiada ono ani jednego fragmentu podziemnego. Dodatkowo w Medellin znajduje sie takze metro cable, czyli kolejka linowa.

W drodze do metra mijaliśmy stragany z owocami i świeżymi sokami. Na miejscu kolumbijczyk przyrządził nam sok z malin oraz marakui. Soki robione są na wodzie lub mleku, z cukrem lub (w zdrowszej wersji) bez :)






Jednym z naszych przystankow byl ogrod botaniczny. Powstal on w 1972 roku i został poświęcony pamięci jednego z najbardziej uwielbianych przyrodników z Antioqui: Joaquin Antonio Uribe.

Oprocz imponujacej flory ogrod posiada zroznicowana faune, wystepuja tu ptaki, żółwie, gady, owady oraz ryby.





Na chodnikach, czy na drzewach czesto mozna spotkac iguane :)





Nie odpuscilismy takze The Butterfly House, czyli domu motyli.

Jeden z kilku gatunkow - Siproeta epaphus :)

Dione moneta :)








Wstep do parku jest bezplatny. Jest to idealne miejsce do odpoczynku, a lokalizacja w samym centrum sprawia, ze jest to miejsce, w ktorym mozna pooddychac swiezym powietrzem, dzieki ogromnej ilosci drzew.














Plaza Botero to ogromny plac, na którym znajdują się monumentalne rzeźby autorstwa Fernando Botero. Wszystkie 23 karykaturalne monumenty wykonane są z brązu.



Jedna z rzezb. W tle Palacio de la Cultura Rafael Uribe Uribe



W centrum miasta mieliśmy okazję spróbować michelady, czyli piwa z limonką i solą! Byłoby całkiem smaczne, gdyby cały rant kubka nie był posypany solą :) Nie ukrywając, po kilku łykach nie czuliśmy się dobrze.

W roli glownej - pyszna michelada ;)

Kolejka linowa, można dotrzeć do parku Arvi. Jest to idealne miejsce na weekend, gdzie można zrobić ognisko lub urzadzic piknik w pięknym otoczeniu lasu w towarzystwie małego wodospadu oraz rzeki. Cały park jest niezwykle zadbany.


Widok z kolejki

Medellin - widok z metro cable


W parku sa takze miejsca przeznaczone dla rozrywki. Plansza do gry w szachy, czy namalowane klasy.








Nastepnie wybralismy sie zobaczyc jeden z najciekawszych punktow w Medellin, czyli grob Pablo Escobara i jego rodziny. Trzeba przyznac, iz na tle calego cmentarza i wszystkich nagrobkow zdecydowanie sie wyroznia.

Cmentarz Jardines Montesacro z daleka wyglada jak ogromny park i nie jest tak przytlaczajacy jak polskie miejsca pochowkow.



Pablo Escobar był jednym z najbogatszych, najpotężniejszych baronów narkotykowych na świecie. Znany był także ze swojej brutalności oraz bezwzględności. Z jego inicjatywy w latach 70. powstał kartel z Medelllin, który w latach swojej świetności kontrolował 80% światowego rynku kokainy.
Co ciekawe, Pablo Escobar znalazł się na siódmym miejscu najbogatszych ludzi na świecie według magazynu Forbes. Jego majątek szacowany był na 30 miliardów dolarów.
Oficjalnie mówi się, iż Pablo Escobar został zabity w 1993 roku przez kolumbijską policję, jednak rodzina podaje, iż popełnił on samobójstwo poprzez strzał w głowę.

Grob rodziny Pablo Escobara

Gdy przygladalismy sie nagrobkowi Pabla Escobara, kolumbijscy turysci pokazali nam grob jeszcze jednej osoby, kobiety. Griselda Blanco, znana jako ´´krolowa kokainy´´ lub ´´matka chrzestna kokainy´´ byla dilerka oraz nalezala do kartelu z Medellin. Kobieta, ktora z przyjemnoscia zabijala nieprzychylnych jej ludzi, uczyla przemytniczego fachu samego Pabla Escobara.

Zginela podczas zakupow w markecie 3 wrzesnia 2012 roku. Podczas gdy ekspedienci pakowali zakupiona przez nia cala gore miesa, pod sklep podjechalo dwoch motocyklistow. Jeden z nich wszedl do srodka i nie zdejmujac kasku oddal kilka strzalow prosto w glowe 69-letniej Griseldy Blanco.




Medellin do 2003 roku było jednym z najniebezpieczniejszych miast świata.


środa, 9 grudnia 2015

Park Narodowy El Cocuy

Po zobaczeniu kilku pięknych kolumbijskich miasteczek dotarliśmy do miasta Tunja, gdzie spędziliśmy noc w tanim hostelu niedaleko dworca. Zakupiliśmy przy okazji bilety na drugi dzień do El Cocuy - miasta, z którego wyruszyliśmy na trekking w Parku Narodowym El Cocuy. Część parku jest zamknięta dla turystów, ponieważ mieszkańcy nie życzą sobie obcych na swoim terenie. Musieliśmy zadowolić się dostępnymi trasami, których widoki za każdym razem cieszyły nasze oczy.
Ponieważ w miasteczku El Cocuy byliśmy późnym wieczorem, to dopiero następnego dnia o godzinie 7 mogliśmy zarejestrować się przed trekkingiem, podając informacje na ile dni idziemy, dać do skserowania dowód ubezpieczenia oraz zapłacić (niestety duzo) za wstęp do parku.

Aby dostać się do jednego z punktów, z którego można rozpocząć trekking należy albo zabrać się ciężarówką, ktora rozwozi mleko okolo 6 rano (opcja najtańsza), albo prywatnym, dużo droższym transportem w późniejszych godzinach. Niestety przez poranną rejestrację musieliśmy wybrać drugą opcję, aby nie tracić jednego dnia. Na szczęście spotkaliśmy dwie osoby, które miały już taki transport załatwiony, a przyłączenie się do nich sprawiło, że koszt przejazdu był dwa razy niższy.
Wyruszyliśmy po godzinie 9. Godzinę później dotarliśmy do miejsca, z którego wyruszyliśmy pod schronisko Sisuma, gdzie zostawiliśmy większość rzeczy i ruszyliśmy zobaczyć jeziora: Laguna La Pintada, Laguna La Cuadrada, Laguna La Atravesada i Laguna La Parada oraz wyjść na przełęcz Cusiri. Szlak do jezior nie był trudny, prowadził po niewielkich wzniesieniach, natomiast wyjście na przełęcz było bardzo męczące. Każde kilka kroków kończyło się dla nas ogromną zadyszką. Na przełęcz udało nam się dotrzeć (w dodatku w bardzo dobrym czasie) choć pogoda nie była sprzyjająca. Zmęczenie i wysokość 4410m.n.p.m. dały o sobie znać najbardziej w namiocie. Ból głowy i wszystkich mięśni sprawiały, że przez kilka godzin nie moglismy usnąć.




W parku narodowym El Cocuy zyja m.in.: kondory andyjskie, pumy oraz niedzwiedzie.
Roslinnosc jest natomiast rozna w zaleznosci od wysokosci. Maszerujac po parku najczesciej mozna zobaczyc frailejones, czyli charakterystyczne rosliny, ktore moga osiagnac nawet 5 metrow wysokosci.

Frailejones


W drodze na przelecz

Przełęcz Cusiri, dalej wstep wzbroniony


Drugi dzień rozpoczął się pobudką o 5 rano. Standardowo dwie godziny później byliśmy gotowi ruszyć w drogę. Celem tego dnia było podejście pod lodowiec El Pan de Azucar (5100m.n.p.m.) na wysokość 4800m.n.p.m. oraz pod El Pulpito del Diablo, charakterystyczną kwadratową, kamienistą górę.
Niewiele po ponad 4 godzinach marszu dotarliśmy pod lodowiec. Widoki były niesamowite!
Następnie przyszła pora na znalezienie szlaku prowadzącego do Laguna Grande de la Sierra (nie chcieliśmy z powrotem wracać pod schronisko). Wróciliśmy się do rozgałęzienia i stamtąd znaleźliśmy szlak, który niestety nie jest dobrze oznaczony. Są fragmenty wielu ścieżek, ale przede wszystkim należy szukać górek z kamieni. Nie była to sprawa prosta, biorąc pod uwagę, że kilka razy się zgubiliśmy, w czym raz byliśmy skłonni zawrócić, nie mogąc znaleźć szlaku. Po kilkunastu minutach poszukiwań na nowo udalo nam się znaleźć droge.
Tego dnia szło się całkiem nieźle. Jednak godzinę przed zmrokiem postanowiliśmy rozłożyć namiot wcześniej, niż na planowanym kempingu. Nieznajomość terenu i opadające chmury, przez które widoczność znacznie spadała wzięły górę. Strasznie zmęczeni rozbiliśmy namiot, zjedliśmy 2 posiłki, popijając je gorącą herbatą, nastawiliśmy budzik i probowalismy usnac. Ta nieprzespana noc była jedną z najgorszych na całej wyprawie.




El Pulpito del Diablo
El Pan de Azucar (5120m.n.p.m.)





Przy tej niewielkiej lagunie z krystaliczna woda rozbilismy namiot.


Trzeciego dnia postanowiliśmy dotrzeć do miejsca, w którym mieliśmy się zatrzymac dzien wczesniej. Znalezienie tego miejsca zajęło nam ponad godzinę. Uświadomiliśmy sobie wtedy, że dobrze zrobiliśmy poprzedniego dnia rozbijając obóz wcześniej. Przed zmrokiem na pewno nie dotarbyliśmy na miejsce.
Po rozstawieniu namiotu ruszyliśmy pod lodowiec El Concavo (5200m.n.p.m.). Doszliśmy do lodu, który był na wysokości ponad 4600m.n.p.m. Po dłuższej przerwie na gorze, bardzo głodni wracaliśmy do naszego obozowiska. Pech chciał, że złapał nas deszcz, lecz dopiero w namiocie okazało się, że i tak mieliśmy duże szczescie. Pozniej przez godzinę padał grad z deszczem, a wszystkie kaptury naszego namiotu pokryte były lodem wielkości kaszy.


Laguna Grande de la Sierra

Laguna Grande de la Sierra
U podnoza El Concavo (5200m.n.p.m.)
U podnoza El Concavo (5200m.n.p.m.)
Kamien w lewym dolnym rogu oznacza granice sniegu w 2011r.

Laguna Grande de la Sierra

Laguna Grande de la Sierra

Pan de Azucar i Pulpito del Diablo
Czwarty dzień był najcięższy z całego trekkingu. Wstaliśmy wcześniej niż zwykle, ponieważ założyliśmy pokonać tego dnia bardzo długą trasę. W kilka godzin widoczną ścieżką dotarliśmy do Hacienda la Esperanza, czyli jednego z miejsc noclegowych w parku. Jednak nie spaliśmy tutaj, tylko ruszyliśmy dalej, gdzie całą trasę pokonywało się szutrową drogą. Po drodze mijaliśmy niewielkie wioski, a ich mieszkańcom za każdym razem zazdrościliśmy tak pięknych widoków, którymi mogą cieszyć oczy każdego dnia. Niestety nie obyło się bez deszczu, dlatego mokrzy oraz przeraźliwie zmęczeni dotarliśmy do naszego ostatniego miejsca obozowego przy Cabanas Kanwara, gdzie rozbiliśmy namiot.

Po drodze minelismy Valle de los Frailejones, czyli ogromne pole z roslinami charakterystycznymi dla parku El Cocuy

Valle de los Frailejones

Widok przy Hacienda la Esperanza
Kolejny, ostatni dzień to krótka wyprawa pod najwyższy lodowiec pasma górskiego El Cocuy - Ritacuba Blanco (5330m.n.p.m.). Pogoda była w kratkę, lecz zdecydowanie częściej towarzyszyły nam chmury oraz mgła. Jednak przy samym lodowcu pięknie świeciło słońce. :)



Droga pod lodowiec Ritacuba Blanco

U podnoza gory Ritacuba Blanco
Po kilku godzinach wróciliśmy do namiotu, zebraliśmy rzeczy i po chwili przyjechał po nas miejscowy, który zawiózł nas do Guican, skąd autobusem wróciliśmy do miasteczka El Cocuy.

Kosciol w centrum Guican

Mezczyzni w tym rejonie chodza w bardzo grubych ponchach, wiekszosc nosi takze kapelusze.

Z trekkingu wróciliśmy do Tunja, skąd na drugi dzien przed południem mieliśmy autobus do miasta, w którym żył jeden z największych i najbogatszych baronów narkotykowych na świecie. Mowa o mieście Pablo Escobara - Medellin. :)