Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brazylia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brazylia. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 września 2015

Ilha Grande - Pico do Papagaio i Praia Dois Rios


Kilka ostatnich dni zaplanowaliśmy spędzić na wyspie Ilha Grande, która znajduje się w stanie Rio de Janeiro. Z dworca autobusowego udaliśmy się do miejscowości Angra dos Reis, z której o określonych godzinach odpływały promy lub szybkie łodzie. Ponieważ nie zakupiliśmy wcześniej biletów do Angry, na dworcu okazało się, że wolne miejsca są jedynie w autobusach, które odjeżdżają za kilka godzin. Chcąc nie chcąc musieliśmy czekać na dworcu około 2 godzin. Przez to małe opóźnienie nie zdążyliśmy na najtańszy prom, który wyruszał z portu na wyspę. Za szybką łódź motorową zapłaciliśmy 40R$ za osobę, ale za to w 20 minut, dotarliśmy na wyspę.

Port w Angra dois Reis. Czekanie na motorówkę :)

O tym, iż wyspa jest bardzo turystyczna czytaliśmy wcześniej w przewodnikach, natomiast na miejscu sami sie o tym przekonaliśmy. Przez ponad tydzień w Rio nie spotkaliśmy żadnych Polaków, a na wyspie najpierw natrafiliśmy na sympatyczne małżeństwo z Warszawy, a dzień później na grupę naszych rodaków :).

Trzeba pamiętać, że gdy już zdecydujemy się wybrać na wycieczkę na Ilha Grande, musimy zabrać ze sobą zapas gotówki lub przygotować się na płacenie kartą, ponieważ na całej wyspie nie ma ani jednego kantoru. Dodatkowo, ceny są bardzo wysokie.
Codziennie jedliśmy obiadokolację w barze, który znajdował się niedaleko naszego hostelu. W Brazylii często jedzenie na wagę wychodzi dużo taniej i jest bardzo smaczne :). Ogromnym plusem jest śniadanie wliczone w cenę noclegu, zazwyczaj jest to szwedzki stół - tosty, świeże białe pieczywo (ciemnego tu niestety nie spotkaliśmy), tradycyjne dania mięsne, parówki w sosie pomidorowym (wyśmienite :)), owoce oraz ciasto to podstawa śniadania w Brazylii i w zasadzie w całej Ameryce Południowej.

Następnego dnia zaplanowaliśmy zdobycie szczytu Pico do Papagaio. Choć praktycznie cały dzień padał deszcz, to nie zniechęciło nas to do tej wyprawy na mający 982m.n.p.m. "szczyt papugi".





Około dwóch kilometrów szliśmy drogą przejezdną dla samochodów, a później skręciliśmy na szlak prowadzący prosto na szczyt.





Zamiast łańcuchów, które często spotykane są w polskich górach były grube liny, które bardzo się przydały, gdy wszystko pod nogami było mokre i śliskie.









Na samym szczycie znajduje się skrzynka, a w niej plastikowa teczka z dwoma zeszytami, ołówkiem, temperówką oraz gumką do mazania. Ponieważ wiał straszny wiatr, a przez deszcz było bardzo zimno, szybko wpisaliśmy się do zeszytu, zrobiliśmy zdjęcia i przemoczeni zaczęliśmy schodzić w dół. Dzień wcześniej na szczyt dotarły tylko dwie osoby, a w dniu, w którym nam się to udało, byliśmy jedyni :).


Zdjęcia poniżej zrobione zostały na samym szczycie Pico do Papagaio! Choć widoków nie mieliśmy rewelacyjnych, czasami tylko udało nam się coś dojrzeć w oddali, to byliśmy bardzo zadowoleni, że w taką pogodę, niełatwą trasą udało nam się stanąć na szczycie :).


W drodze na szczyt przechodziliśmy obok miejsca, które było idealne do zrobienia sobie przerwy. Wracając wykorzystaliśmy je i zrobiliśmy sobie 10-minutowy przystanek na ciastka, krówki i izotonik. Miało być także ciepłe danie, ale ktoś z nas spakował do plecaka palnik, natomiast o gazie już zapomniał :)



Szlak na szczyt był dobrze oznaczony. Kilka razy musieliśmy sprawdzać gdzie mamy iść, gdy było kilka widocznych ścieżek w różnych kierunkach. Pomagały nam tabliczki, powbijane na całym szlaku, wskazujące drogę na górę. W niektórych miejscach szlak oznaczony był poprzywiązywanymi do drzew kawałkami niebieskiej folii.






Pico do Papagaio. Szczyt udało nam się dojrzeć dopiero następnego, słonecznego dnia.
Ponieważ codzienne sprawdzanie prognozy pogody na następny dzień w ogóle nie zdawało egzaminu, to wybranie pierwszego dnia wejścia na szczyt, a drugiego pójście na plażę było strzałem w dziesiątkę! Na plażę mieliśmy kawałek, bo jakieś 8 km górzystą drogą, ciągle w słońcu, ale było warto, a poza tym co to dla nas :) Plaża była ogromna, otoczona porośniętymi dżunglą górami, natomiast woda była absolutnie błękitna. A czemu wybraliśmy Praia Dois Rios, a nie najbardziej znaną Lopes Mendez? Powód był prosty, ta druga jest oblegana przez tłumy turystów, natomiast pierwsza jest praktycznie pusta :)
















czwartek, 23 kwietnia 2015

Rio de Janeiro - Escadaria Selaron, Parque Nacional da Tijuca i Maracana

Kolejnego dnia w Rio postanowiliśmy zobaczyć kolorowe, ponad 200-stopniowe schody, które znajdują się w dzielnicy Lapa. Płytki, którymi są wysadzone zaprojektował chilijski artysta Jose Selaron. Pomysł stworzenia tak barwnego dzieła powstał w głowie artysty podczas naprawiania chodnika obok swojego skromnego domu, który znajdował się niedaleko schodów. Przez dwadzieścia lat, ponad 200 schodów zostało przykrytych ponad 2 tysiącami płytek z ponad 60 krajów świata, co ciekawe, również z Polski! Własną pracą (i przy pomocy turystów) oraz na własny koszt, stworzył on jedno z najbardziej popularnych miejsc w Rio de Janeiro.
Niestety artysta ten już nie żyje, w 2013 roku jego ciało znaleziono na tych właśnie schodach. Jose Selaron został zamordowany.
Gdy udało nam się dotrzeć na miejsce początkowo ciężko było dostrzec schody, ponieważ stała na nich tak liczna grupa ludzi :) Cierpliwie poczekaliśmy, aby zrobić sobie zdjęcie przy widniejącym napisie "Escadaria Selaron Rio de Janeiro". Na szczęście, im wyżej szliśmy, tym mniej było ludzi.






Przed odwiedzeniem powyższej atrakcji zahaczyliśmy o katedrę Świętego Sebastiana (Catedral Matropolitana, Catedral de Sao Sebastiao), która ma kształt ogromnego stożka i może pomieścić 20tys. wiernych.




Wracając wybraliśmy się na plażę Flamengo, która ma doskonały widok na Głowę Cukru. Sama plaża nie jest za ładna. Dużo śmieci oraz brudna woda sprawiły, że nie byliśmy zachwyceni. Następnie przyszedł czas na Copacabanę, która była lepsza, ale i tak obie te plaże nie dorównywały "naszej vidigalskiej" plaży. :)

Plaża Flamengo. Widok na Głowę Cukru
Copacabana
Copacabana




Następnego dnia postanowiliśmy zrobić sobie luźny dzień i spędzić go na naszej pięknej plaży Vidigal. Na niebie nie było ani jednej chmurki i wystarczyła dosłownie chwila na słońcu, a do hostelu wracaliśmy czerwoni jak raki.






Gdzie jest Krzysztof? :)




Kolejnym punktem naszego pobytu w Rio był Parque Nacional da Tijuca. 














Cascatinha Taunay, mający 35m. wodospad był jedną z atrakcji Parku Narodowego.











Ponieważ zmieniliśmy plany i nie wybraliśmy się na trekking w góry, postanowiliśmy wybrać się na mecz na Maracanę. Właściciel hostelu w faveli udzielił nam wszystkich informacji, począwszy od takich, jak najprościej dotrzeć na stadion, po takie, który sektor wybrać, gdzie kupić bilety itp. 
Mecz rozpoczynał się o godzinie 18.30, razem z nami metrem jechały tłumy kibiców. Większość z nich kibicowała Flamengo, a tych, w koszulkach Fluminense było niewielu. Postanowiliśmy wybrać sektor kibiców tej słabszej drużyny - Fluminense, i jak się później okazało miała ona niesamowity doping, o wiele lepszy od przeciwnej.
Mecz zgromadził na trybunach ponad 46 tysięcy kibiców :)








Niestety nasza drużyna przegrała aż 3:0. :)   Mecz na Maracanie uważamy za jedno z ciekawszych wydarzeń podczas całego pobytu w Rio.