Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trekking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trekking. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 grudnia 2015

Park Narodowy El Cocuy

Po zobaczeniu kilku pięknych kolumbijskich miasteczek dotarliśmy do miasta Tunja, gdzie spędziliśmy noc w tanim hostelu niedaleko dworca. Zakupiliśmy przy okazji bilety na drugi dzień do El Cocuy - miasta, z którego wyruszyliśmy na trekking w Parku Narodowym El Cocuy. Część parku jest zamknięta dla turystów, ponieważ mieszkańcy nie życzą sobie obcych na swoim terenie. Musieliśmy zadowolić się dostępnymi trasami, których widoki za każdym razem cieszyły nasze oczy.
Ponieważ w miasteczku El Cocuy byliśmy późnym wieczorem, to dopiero następnego dnia o godzinie 7 mogliśmy zarejestrować się przed trekkingiem, podając informacje na ile dni idziemy, dać do skserowania dowód ubezpieczenia oraz zapłacić (niestety duzo) za wstęp do parku.

Aby dostać się do jednego z punktów, z którego można rozpocząć trekking należy albo zabrać się ciężarówką, ktora rozwozi mleko okolo 6 rano (opcja najtańsza), albo prywatnym, dużo droższym transportem w późniejszych godzinach. Niestety przez poranną rejestrację musieliśmy wybrać drugą opcję, aby nie tracić jednego dnia. Na szczęście spotkaliśmy dwie osoby, które miały już taki transport załatwiony, a przyłączenie się do nich sprawiło, że koszt przejazdu był dwa razy niższy.
Wyruszyliśmy po godzinie 9. Godzinę później dotarliśmy do miejsca, z którego wyruszyliśmy pod schronisko Sisuma, gdzie zostawiliśmy większość rzeczy i ruszyliśmy zobaczyć jeziora: Laguna La Pintada, Laguna La Cuadrada, Laguna La Atravesada i Laguna La Parada oraz wyjść na przełęcz Cusiri. Szlak do jezior nie był trudny, prowadził po niewielkich wzniesieniach, natomiast wyjście na przełęcz było bardzo męczące. Każde kilka kroków kończyło się dla nas ogromną zadyszką. Na przełęcz udało nam się dotrzeć (w dodatku w bardzo dobrym czasie) choć pogoda nie była sprzyjająca. Zmęczenie i wysokość 4410m.n.p.m. dały o sobie znać najbardziej w namiocie. Ból głowy i wszystkich mięśni sprawiały, że przez kilka godzin nie moglismy usnąć.




W parku narodowym El Cocuy zyja m.in.: kondory andyjskie, pumy oraz niedzwiedzie.
Roslinnosc jest natomiast rozna w zaleznosci od wysokosci. Maszerujac po parku najczesciej mozna zobaczyc frailejones, czyli charakterystyczne rosliny, ktore moga osiagnac nawet 5 metrow wysokosci.

Frailejones


W drodze na przelecz

Przełęcz Cusiri, dalej wstep wzbroniony


Drugi dzień rozpoczął się pobudką o 5 rano. Standardowo dwie godziny później byliśmy gotowi ruszyć w drogę. Celem tego dnia było podejście pod lodowiec El Pan de Azucar (5100m.n.p.m.) na wysokość 4800m.n.p.m. oraz pod El Pulpito del Diablo, charakterystyczną kwadratową, kamienistą górę.
Niewiele po ponad 4 godzinach marszu dotarliśmy pod lodowiec. Widoki były niesamowite!
Następnie przyszła pora na znalezienie szlaku prowadzącego do Laguna Grande de la Sierra (nie chcieliśmy z powrotem wracać pod schronisko). Wróciliśmy się do rozgałęzienia i stamtąd znaleźliśmy szlak, który niestety nie jest dobrze oznaczony. Są fragmenty wielu ścieżek, ale przede wszystkim należy szukać górek z kamieni. Nie była to sprawa prosta, biorąc pod uwagę, że kilka razy się zgubiliśmy, w czym raz byliśmy skłonni zawrócić, nie mogąc znaleźć szlaku. Po kilkunastu minutach poszukiwań na nowo udalo nam się znaleźć droge.
Tego dnia szło się całkiem nieźle. Jednak godzinę przed zmrokiem postanowiliśmy rozłożyć namiot wcześniej, niż na planowanym kempingu. Nieznajomość terenu i opadające chmury, przez które widoczność znacznie spadała wzięły górę. Strasznie zmęczeni rozbiliśmy namiot, zjedliśmy 2 posiłki, popijając je gorącą herbatą, nastawiliśmy budzik i probowalismy usnac. Ta nieprzespana noc była jedną z najgorszych na całej wyprawie.




El Pulpito del Diablo
El Pan de Azucar (5120m.n.p.m.)





Przy tej niewielkiej lagunie z krystaliczna woda rozbilismy namiot.


Trzeciego dnia postanowiliśmy dotrzeć do miejsca, w którym mieliśmy się zatrzymac dzien wczesniej. Znalezienie tego miejsca zajęło nam ponad godzinę. Uświadomiliśmy sobie wtedy, że dobrze zrobiliśmy poprzedniego dnia rozbijając obóz wcześniej. Przed zmrokiem na pewno nie dotarbyliśmy na miejsce.
Po rozstawieniu namiotu ruszyliśmy pod lodowiec El Concavo (5200m.n.p.m.). Doszliśmy do lodu, który był na wysokości ponad 4600m.n.p.m. Po dłuższej przerwie na gorze, bardzo głodni wracaliśmy do naszego obozowiska. Pech chciał, że złapał nas deszcz, lecz dopiero w namiocie okazało się, że i tak mieliśmy duże szczescie. Pozniej przez godzinę padał grad z deszczem, a wszystkie kaptury naszego namiotu pokryte były lodem wielkości kaszy.


Laguna Grande de la Sierra

Laguna Grande de la Sierra
U podnoza El Concavo (5200m.n.p.m.)
U podnoza El Concavo (5200m.n.p.m.)
Kamien w lewym dolnym rogu oznacza granice sniegu w 2011r.

Laguna Grande de la Sierra

Laguna Grande de la Sierra

Pan de Azucar i Pulpito del Diablo
Czwarty dzień był najcięższy z całego trekkingu. Wstaliśmy wcześniej niż zwykle, ponieważ założyliśmy pokonać tego dnia bardzo długą trasę. W kilka godzin widoczną ścieżką dotarliśmy do Hacienda la Esperanza, czyli jednego z miejsc noclegowych w parku. Jednak nie spaliśmy tutaj, tylko ruszyliśmy dalej, gdzie całą trasę pokonywało się szutrową drogą. Po drodze mijaliśmy niewielkie wioski, a ich mieszkańcom za każdym razem zazdrościliśmy tak pięknych widoków, którymi mogą cieszyć oczy każdego dnia. Niestety nie obyło się bez deszczu, dlatego mokrzy oraz przeraźliwie zmęczeni dotarliśmy do naszego ostatniego miejsca obozowego przy Cabanas Kanwara, gdzie rozbiliśmy namiot.

Po drodze minelismy Valle de los Frailejones, czyli ogromne pole z roslinami charakterystycznymi dla parku El Cocuy

Valle de los Frailejones

Widok przy Hacienda la Esperanza
Kolejny, ostatni dzień to krótka wyprawa pod najwyższy lodowiec pasma górskiego El Cocuy - Ritacuba Blanco (5330m.n.p.m.). Pogoda była w kratkę, lecz zdecydowanie częściej towarzyszyły nam chmury oraz mgła. Jednak przy samym lodowcu pięknie świeciło słońce. :)



Droga pod lodowiec Ritacuba Blanco

U podnoza gory Ritacuba Blanco
Po kilku godzinach wróciliśmy do namiotu, zebraliśmy rzeczy i po chwili przyjechał po nas miejscowy, który zawiózł nas do Guican, skąd autobusem wróciliśmy do miasteczka El Cocuy.

Kosciol w centrum Guican

Mezczyzni w tym rejonie chodza w bardzo grubych ponchach, wiekszosc nosi takze kapelusze.

Z trekkingu wróciliśmy do Tunja, skąd na drugi dzien przed południem mieliśmy autobus do miasta, w którym żył jeden z największych i najbogatszych baronów narkotykowych na świecie. Mowa o mieście Pablo Escobara - Medellin. :)

poniedziałek, 9 listopada 2015

Otavalo i okolice

Otavalo to małe miasteczko położone w otoczeniu dwóch wulkanów, Imbaburra i Cotacachi. Jest znane z kolorowych marketów ulicznych, na których miejscowi sprzedają swoje ręcznie robione produkty, są to głównie swetry, spodnie, kapelusze, biżuteria, dywany, drobne rzeźbione figurki i dużo, dużo innych. Market ten jest jednym z największych tego rodzaju marketów w Ekwadorze. Otavaleños, czyli mieszkańcy Otavalo na codzień chodzą w swoich tradycyjnych strojach, a większość mężczyzn nosi długie włosy. 








Wieczorami na placu rozstawiaja sie stoiska z jedzeniem. :)



Pierwszego dnia po przyjezdzie wybraliśmy się na półdniową wycieczkę aby odwiedzić pobliskie atrakcje. Najpierw magiczne i święte drzewo el Lechero, a następnie park kondorów, w którym co prawda kondor był tylko jeden, ale oprócz niego można było zobaczyć z bliska kilka groźnie wyglądających orłów, jastrzębi i już mniej groźnych sów :) Wszystkie ptaki znajdujące się w parku są ptakami, które nie są w stanie żyć na wolności ponieważ zostały odratowane po wypadkach, nieodpowiednim przetrzymywaniu w złych warunkach itp., tak więc jest to pewnego rodzaju schronisko. Jedyny kondor, który znajduje się w parku również robi wrażenie, warto odwiedzić to miejsce dla bliskiego spotkania z tym największym latającym ptakiem (rozpiętość skrzydeł może sięgać 3m, a czas życia sięga 40 lat), który jest symbolem Andów i nieodłącznym mistycznym elementem, który przewijał się w kulturze andyjskiej od wieków. Dodatkowo główną atrakcją parku, są pokazy lotów ptaków na wolnym powietrzu. Póki co wytrenowanych jest kilka orłów i jastrzębi, ale w planie jest również praca z kondorem.


El Lechero





Ostatnia atrakcja tego dnia był wodospad Peguche, który nie robi większego wrażenia, jednak jest bardzo ważnym miejscem dla miejscowej ludności; kolejnym magicznym i świętym miejscem w tym regionie.


Tak sie zlozylo, ze nasz pobyt w Otavalo wypadl na pierwsze dni listopada. W Ekwadorze obchodzone jest Swieto Zmarlych (el Dia de los Muertos) i drugi dzien listopada jest najwazniejszy. Miejscowa ludnosc przychodzi na cmentarz z koszykami jedzenia i dzieli sie nim ze zmarlymi.




Co ciekawe, jednymi z licznie kupowanych cmentarnych ozdob sa kolorowe, foliowe wiazanki.



Drugiego dnia po przyjeździe do Otavalo spakowalismy plecaki, zabraliśmy namiot i pojechalismy nad jeziora Lagunas de Mojanda. Są to trzy jeziora położone zaledwie kilkanaście kilometrów od Otavalo, jednakże leżą w otoczeniu gór oraz wulkanów dzięki czemu wydają się znacznie bardziej oddalone od miasta. Trzy jeziora, które mieliśmy okazję zobaczyć to Laguna Pequeña, Laguna Negra oraz najbardziej spektakularna Laguna Grande, przy której spędziliśmy nocleg.

Laguna Grande



Yana Urcu


Jak się okazało na miejscu, infrastruktura turystyczna była wyjątkowo dobrze rozwinięta. Do dyspozycji turystów jest pole kempingowe oraz domki letniskowe z dostępem do wody i toaletami. Pomimo tych udogodnień miejsce to nie traci swojego uroku, gdyż spędzają tu czas głównie miejscowi, których akurat było wyjątkowo dużo z powodu dni świątecznych. Jeziora znajdują się na wysokości około 3700 m.n.p.m. w bliskiej odległości od równika, jednakże noc okazała się niezwykle mroźna. Temperatura musiała spaść poniżej zera, gdyż rano nasz namiot zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz pokryty był solidną warstwą lodu.




Po zimnej nocy, gdy tylko wzeszło słońce, nastał naprawdę upalny dzień i chyba specjalnie dla nas na niebie nie było większych chmur (co o tej porze roku w tym regionie jest rzadkością). Tego pięknego dnia naszym celem był wulkan Fuya Fuya, który pomimo niedużej wysokości (trochę ponad 4250m.n.p.m.) dostarczył nam pięknych widoków, a wejście na niego dało nieźle w kość.

Po lewej stronie wulkan Fuya Fuya

Fuya Fuya


W drodze na szczyt

Ze szczytu mieliśmy okazję zobaczyć ośnieżone szczyty wulkanów Cotopaxi, Cayambe i Antisana, z czego ten pierwszy chyba najbardziej znany akurat dymił ponieważ znajduje się w stanie erupcji.

Dymiacy Cotopaxi (5897m.n.p.m.)

Antisana (5704m.n.p.m.)

Cayambe (5790m.n.p.m.)


Na szczycie! :)

Uliczne graffiti w Otavalo
Kolejny przystanek na naszej trasie - Pasto, miasto polozone na wysokosci ponad 2500m.n.p.m., u podnoza czynnego wulkanu Galeras.