środa, 31 lipca 2013

Dotarcie do Aguas Calientes i Machu Picchu

Kolejnym punktem naszej wyprawy byly ruiny Machu Picchu. Jako, ze inkaskie ruiny sa znane na calym swiecie i przyciagaja masy turystow dotarcie do nich wiaze sie dla przecietnego turysty z duzymi kosztami. W naszym przypadku baza wypadowa do Aguas Calientes (miasta polozongo najblizej ruin) bylo Cusco. Najprostszym sposobem dotarcia tam jest pociag, jednak koszt przejazdu w jedna strone to okolo 80$ (czasem mniej, a czasem duzo wiecej). Jest to wygodny i najszybszy sposob.
My postawilismy na cene, kosztem wygody :)
Pierwszy plan dotarcia do Aguas Calientes zakladal wyjazd na noc, jednak w hostelu zostalismy ponformowani, ze droga jest dosc niebezpieczna, a dodatkowe zachmurzenie (zona de neblina) czeste w tym rejonie, zwieksza niebezpieczenstwo (pozniej naliczylismy kilkanascie krzyzy przy drodze). Dwa dni przed naszym wyjazdem zginal na tej trasie znajomy kobiety, ktora odradzala nam podroz noca. Posluchalismy glosu rozsadku i postanowilismy wyruszyc z samego rana.



Nasz dzien rozpoczal sie pobudka o 3.30 w mega zimnym hostelu w Cusco. Biorac taksowke dotarlismy do dworca, z ktorego korzystaja glownie miejscowi. Po okolo godzinie czekania wsiedlismy do combi wraz z reszta Peruwianczykow (bylismy jedynymi gringos :)).


 Terminal autobusowy dla miejscowych






Pierwszy odcinek podrozy zajal okolo 5 godzin, ale droga ani troche sie nie dluzyla. Malownicze doliny, strome urwiska i andyjskie szczyty sprawialy ze podroz byla przyjemnoscia.







Okazalo sie, ze aklimatyzacja w Cusco przebiegla pomyslnie, gdyz po drodze mijalismy przelecze na wysokosci ponad 3500m i nie odczulismy zadnych objawow soroche, w przeciwienstwie do trojki Peruwianczykow (konieczny byl postoj :)). Miejscowi odczuwajac bol glowy i nudnosci od razu wyjeli woreczek z liscmi koki i zaczeli sie nim dzielic, takze z nami.


Przystanek po drodze na sniadanie. Wysmienity rosol z kury (caldo de gallina)

Gadajaca papuga :)

Kolejny odcinek to podroz z Santa Maria do Santa Teresa. Znalezienie transportu to nie problem, jednak problemem jest zapelnienie sie auta (colectivo) przez pasazerow, gdyz kazdy pasazer to pieniadz. Po okolo 30 minutach ruszylismy do Santa Teresa w 7 osob lacznie z kierowca, jako ze bylo to kombi dwie osoby zmiescily sie w bagazniku (dla miejscowych to normalne miejsce).

Colectivo - nasz transport do Santa Teresa

O ile wczesniejszy odcinek podrozy wiodl po rowniutkiej asalltowej drodze, teraz asfalt sie skonczyl. Prawie godzina jazdy szutrowa droga, nad kilkusetmetrowymi urwiskami opadajacymi do rzeki Urubamba przyniosly sporo wrazen i emocji.

 Widoki zza szyby samochodu

Z Santa Teresa w 15 minut dotarlismy do hydroelectrico, gdzie skonczyla sie jakakolwiek droga i dalsza trase trzeba bylo pokonac piechota.




Po 12km marszu wzdluz torow dotarlismy do Aguas Calientes.
Miasteczko nieduze, wybudowane glownie dla turystow. Noc przespalismy spokojnie, w 12-osobowym pokoju, a z rana ruszylismy na Machu Picchu. Pod same ruiny mozna dotrzec autobusami, ktore sa napedzane elektrycznie. Jednak my wolelismy ta trase rowniez pokonac pieszo. Z czolowkami na glowach ruszylismy w droge. Po kilku kilometrach dotarlismy na miejsce, gdzie po raz pierwszy sprawdzano nam bilety i paszporty. Dobrze, ze nie postanowilismy wyjsc z hostelu wczesniej, bo trasa na MP otwarta byla od 5 rano.
Trasa nie byla ciezka, ale prawie pionowe schody dawaly nam lekko w kosc.
Doszlismy po godzinie. Na miejscu kolejki do wejscia byly ogromne, bo ci, co nie zmeczyli sie jadac autobusem dotarli na gore wczesniej niz my ;) Ale nie ma co narzekac, kolejka szla w miare sprawnie, wiec dlugo nie stalismy.
Ruiny zobaczylismy przed wschodem slonca.



Po zwiedzeniu ruin udalismy sie na Montana Machu Picchu, na ktora rowniez mielismy bilety :)
Schody, schody, schody... Kazdy jeden zblizal nas do samego szczytu!

W drodze na Montana Machu Picchu
Montana Machu Picchu (3082 m.n.p.m.)

 Widoki ze szczytu


Po kolejnej nocy spedzonej w hostelu wrocilismy do Cusco w ten sam sposob, w jaki dotarlismy do Aguas Calientes. Nastepny etap podrozy to przejazd do Puno i wyspy na jeziorze Titicaca.




poniedziałek, 29 lipca 2013

Cusco!

27.07 caly dzien poswiecilismy na zwiedzanie Cusco.

Na pierwszy ogien poszla Qorikancha, czyli inkaskie ruiny swiatyni Slonca oraz swiatynia, ktora wybudowali na jej gruzach konkwistadorzy po przybysciu do Cusco.






Nastepnie udalismy sie na najwiekszy w Cusco targ.
Mozna bylo kupic wiele rzeczy m.in.: owoce, slodycze, kawe, herbate oraz CALE SWINIE! Swinskie lby wygladaly naprawde obrzydliwie, podobno dobre sa na rosol :) Poza zakupami mozna bylo zjesc, mega tanie jedzenie posrod samych mieszkancow, zadnych turystow.



Mieso w soli


Fioletowa to chichamorada, robiona z maki z fioletowej kukurydzy





Jesli o nas chodzi, to bardzo zalowalismy, ze tuz przed wycieczka na targ udalismy sie do tej samej knajpki co dzien wczesniej :) Moze uda nam sie sprobowac jedzenia jak wrocimy z Aguas calientes, choc szczerze mowiac mieso porozkladane na stolach przy tak wysokiej temperaturze nie zacheca do jedzenia! My na targu kupilismy liscie koki, owoce i chipsy z bananow.



Po obejsciu praktycznie wszystkich straganow udalismy sie na krotki odpoczynek. Lawka na placu bardzo przypadla nam do gustu. A siedzac na niej podeszly do nas dwie osoby...


Jedna z nich byl Kolumbijczyk, ktory pokazywal nam swoje recznie robione kolczyki i zrobil dla nas maly prezent.

Cris i Edita :) w klucz wiolinowy mozna wlozyc zdjecie.
Kolejny byl Niesio. Jedyny Peruwianczyk, ktory skradl mi serce. :)
Podszedl do nas siedzacych na lawce, pokazal na reklamowke ktora trzymalismy mowiac: "Platano, platano". Oczywiscie banana dostal, a po 15 minutach przyszedl po kolejnego. :) Wtedy zapytalismy sie jak ma na imie i ile ma lat. Choc spytalam go o pozwolenie na zrobienie zdjecia, widzielismy jego przerazenie. Ale jaka byla radosc 3-latka po zobaczeniu swojej buzki w aparacie! Niesamowite :)


Kolejny dzien zlecial bardzo szybko. Z Cusco przez Santa Maria i Santa Teresa dotarlismy do Aguas Calientes.


piątek, 26 lipca 2013

Przyjazd do Cusco

Tuz po godzinie 15 dotarlismy na terminal autobusowy w Limie skad mial odjezdzac nasz autobus do Cusco.
Krotka odprawa bagazowa (moj plecak wazyl 24 kg!) i juz bylismy w autobusie.
Jak sie okazalo autobus ktorym mielismy jechac byl w najwyzszym standardzie, rozkladane fotele, miejsce na nogi, poduszka i koc do okrycia, zdecydowanie lepiej niz w samolocie, dzieki czemu po 22 godzinach podrozy doatarlismy na miejsce calkiem wyspani jak na tak dluga jazde.

Nasz autobus
Podroz obfitowala w niesamowite widoki, najpierw wzgorza, a im wyzej tym coraz wiecej osniezonych andyjskich szczytow.

Widoki po drodze do Cusco. W tle prawdopodobnie Ausangate (6384m)

Jesli o nas chodzi, z kazdym  kolejnym metrem w gore, nasze glowy coraz bardziej odczuwaly wysokosc, na szczescie tabletki  przeciwbolowe troche pomogly. Po przyjezdzie bylo calkiem niezle, jak na tak szybka zmiane wysokosci, poza bolem glowa, poki co zadnych wiekszych dolegliwosci :)

Przystanek w jednym z wielu miateczek po drodze.

Na pierwszy rzut oka, Cusco wyglada pieknie, niesamowicie polozone miasto z historycznymi zabytkami na kazdym kroku. Nie bylo jeszcze okazji zobaczyc zbyt duzo, jako ze przyjechalismy poznym popoludniem.



 Po odnalezieniu hostelu i wylozeniu rzeczy, udalismy sie na miasto, aby cos zjesc. Na celowniku mialem mala knajpke znaleziona w przewodniku Lonely Planet, ktora rekomendowana byla ze wzgledu na tradycyjne jedzenie w przystepnej cenie. Odnalezlismy ja, ale wystroj wydal sie zbyt elegancki, a w srodku nie bylo zadnych miejscowych, tak wiec, rozpoczely sie poszukiwania prawdziwego miejscowego lokalu gdzie jadaja mieszkancy Cusco, a nie chmary turystow ktorych jest tu cala masa. Po pol godzinie spaceru w koncu sie udalo! Waski korytarz  zaprowadzil nas na dziedziniec na ktorym znajdowalo sie kilka plastikowych krzesel, dwoch mezczyzn popijajacych piwo i dwie Peruwianki w tradycyjnych strojach, ktore serwowaly dania. Jak sie okazalo nie mielismy duzo do wyboru, bo wszystko sie juz skonczylo i zostalo do wyboru tylko jedno danie. Nie zastanawialismy sie zbyt dlugo i zamowilismy obiad w ciemno :) Po 10 minutach dostalismy pysznego pstraga z ryzem, moze niezbyt wyszukane, ale tak tutaj jedza miejscowi, wazne zeby bylo duzo, smacznie i tanio. I tak wlasnie bylo. Dostalismy zaproszenie na jutro, kiedy bedzie dostepnych wiecej dan. Obiecalismy ze na pewno wrocimy.





Wieczorem dotarlismy do hostelu, najedzeni i zadowoleni. Niestety glowa ciagle boli. Tak sie sklada ze w hostelu mamy darmowa herbate z lisci koki. Wlasnie zaparzylem, zobaczymy czy pomoze.. . :)       



czwartek, 25 lipca 2013

Lima

Nasza podroz rozpoczelismy od wylotu z Warszawy. Z przesiadka w Amsterdamie dotarlismy do Panamy.





Juz na lotnisku mozna bylo zauwazyc, ze to zupelnie inny swiat. Zapach doslownie przypominal zakiszone pranie, a kiepska klimatyzacja sprawiala, ze naprawde nie bylo czym oddychac. Cale szczescie, na lot do Limy nie czekalismy dlugo. :)
Na lotnisko w Limie dotarlismy po godz.22.


Moj lotniskowy ulubieniec :) Chodzil po tasmach z bagazami, obwachujac wszystkie walizki, torby, plecaki.




Odebralismy bagaz, przeszlismy z nim przez bramki i przed lotniskiem po krotkich negocjacjach wzielismy taxi, ktora zawiozla nas za 45 soli do hostelu. Jak sie okazalo w drodze taksowkarz nie bardzo wiedzial gdzie znajduje sie adres, ktory mu podalismy, na szczescie miejscowi mieszkancy dzielnicy Miraflores pomogli mu znalezc droge :).
W hostelu, do ktorego dotarlismy panowaly iscie spartanskie warunki (oczywiscie nie spodziewalismy sie innych :D). Duzym plusem jest to, ze znajduje sie w jednej z najbogatszych dzielnic Limy. Jest duzo bezpieczniej niz w centrum i innych biedniejszych dzielnicach.

Zwiedzanie stolicy rozpoczelismy od Huaca Pucllana. Sa to pozostalosci trzech kultur (cultura Lima  w okresie  400-700 n.e, Huari 800-900 i Ychsma 1000-1532), ktore zamieszkiwaly te tereny w czasach preinkaskich.


Najciekawszym punktem jest piramida ktora zostala zbudowana, w celu obserwacji ludzi pracujacych ponizej (stanowiska pracy na zdjeciu powyzej) oraz aby przedstawic sile i potege imperium.




Co ciekawe, wszystkie budowle zostaly skonstrulowane z glinianych cegiel, ugniatanych za pomoca nog oraz lepionych recznie, w taki sposob, aby budowla nie zawalila sie podczas trzesienia ziemi.



Prace na terenie ruin trwaja od 32 lat i skoncza sie prawdopodobnie w 2028 roku, jednak duza czesc jest juz udostepniona dla zwiedzajacych.


W oddali ruiny juz odkryte, a na pierwszym planie czesc jeszcze niezbadana.

Nastepnie udalismy sie w kierunku wybrzeza na krotki spacer, zahaczajac przy okazji o Parque del Amor.



Po dlugim spacerze udalismy sie na obiad do cevicherii i mozna smialo powiedziec, ze to byl nasz punkt kulminacyjny dzisiejszego dnia :) Dla tych, ktorzy nie sa w temacie ceviche to potrawa przygotowywana z surowej ryby lub owocow morza wszelkiego rodzaju z sokiem z limonki i cebula.
Tak na marginesie ceviche, ktore czasami robimy w domu, jest bardzo podobne do tego, ktore jedlismy :).



Po poludniu przyszedl czas na wycieczke do centrum Limy.

Parque de la cultura

Tak wygladaja lawki w centrum :)

Katedra z czasow konkwistadorow. Wewnatrz znajduje sie cialo Francisco Pizarro.

Palac rzadowy z siedziba prezydenta Peru.


Jak widac palac jest dobrze strzezony :)


Soki w Ameryce Pld. zawsze sa wysmienite (i tanie). Powyzej krotki odpoczynek w lokalnym barze na swiezo wycisniety sok z papai.
Jako, ze centrum oddalone jest znacznie od Miraflores, w ktorej znajdowal sie nasz hostel, trzeba bylo jakos wrocic. Okazalo sie, ze nie jest to takie proste, gdyz o godzinie 18 w centrum rozpoczely sie godziny szczytu, na dodatek zaczynalo sie sciemniac. 3 miejscowe osoby, ktore pytalismy o rade jak wrocic do Miraflores, ostrzegaly nas, ze jest tu dosc niebezpiecznie i zebysmy trzymali rzeczy przy sobie (bylismy w samym centrum! :)). Skonczylo sie na tym, ze wrocilismy taksowka. Na szczescie nie kosztowalo nas to zbyt duzo. Droga z powrotem okazala sie dosc dluga, bo nasz taksowkarz nie znal drogi do hostelu. Tym razem znowu z pomoca lokalnych miekszancow (co najmniej pieciu) kolejny raz dotarlismy pod wskazany adres :).

Kolejny cel podrozy to Cusco. Wyruszamy dzis o 16.30. Po ponad 22 godzinach powinnismy dotrzec na miejsce. Podroz zapowiada sie bardzo ciekawie, gdyz z poziomu morza musimy sie wspiac na ponad 3000m.



niedziela, 21 lipca 2013

Wstępny plan podróży

Poniżej wstępny plan wyprawy:

Lipiec

23 - Warszawa -> Lima (przylot 22.12)
24 - Lima (relaks, zwiedzanie)
25 - Lima (zwiedzanie, przejazd do Cusco)
26 - Cusco (3400 m.n.p.m.)  (przyjazd, relaks)
27 - Cusco (zwiedzanie)
28 - Aguas Calientes (dotarcie, relaks)
29 - Aguas Calientes (z samego rana wyprawa na Machu Picchu i wejście na Machu Mountain)
30 - Cusco (dotarcie do Cusco późnym wieczorem)
31 - Cusco (przejazd do Puno)

Sierpień

1 - Lago Titicaca (3830 m.n.p.m.) (wyspy Uros, Isla Taquile, Isla Amantani)
2 - Puno -> Copacabana -> La Paz (po drodze możliwa wizyta na Isla del Sol)
3 - La Paz (3200 - 4000 m.n.p.m) (zwiedzanie, przygotowania do trekkingu)
4 - La Paz (wejście na Chacaltaya (5395 m.n.p.m.) lub inna wycieczka aklimatyzacyjna w okolicy)
Trekking w paśmie górskim Apolobamba (Curva -> Pelechuco)
5 - La Paz -> Lagunillas (Curva) (rozpoczęcie trekkingu)
6 - Trekking dzień pierwszy
7 - Trekking dzień drugi
8 - Trekking dzień trzeci
9 - Trekking dzień czwarty
10 - Trekking dzień piąty : dotarcie do Pelechuco
Proponowana opcja rozszerzenia trekkingu:
11 - Trekking dzień szósty : Pelechuco - Lago Suches
12 - Trekking dzień siódmy : Lago Suches - Pelechuco
13 - Pelechuco -> La Paz (zakończenie trekkingu)
14 - La Paz (ruiny Tiahuanaco w pobliżu La Paz lub zjazd rowerowy drogą śmierci)
15 - La Paz -> Potosi (przejazd)
16 - Potosi (4070 m.n.p.m.) (zwiedzanie miasta, "wycieczka" do kopalni srebra)
17 - Potosi -> Uyuni (przejazd)
18 - Uyuni (załatwianie wycieczki w okolice Salar de Uyuni, cmentarzysko pociągów)
19 - Salar de Uyuni
20 - Salar de Uyuni
21 - Salar de Uyuni
22 - Salar de Uyuni (dzień rezerwowy, ewentualnie do wykorzystania przy wejściu na jeden z wulkanów)
23 - Salar de Uyuni -> Tupiza
24 - Tupiza (zwiedzanie miasta na koniach)
25 - Tupiza -> Tarija (przejazd, zwiedzanie miasta i okolic)
26 - Tarija -> Villamonte (przejazd, zwiedzanie miasta i okolic)
27 - Villamonte -> Asuncion
28 - Asuncion (zwiedzanie)
29 - Asuncion -> Ciudad del Este
30 - Ciudad del Este (wodospad Salto del Monday, zapora wodna Itaipu)
31 - Ciudad del Este -> Foz de Iguazu (dzień raczej rezerwowy)

Wrzesień

1- Foz de Iguazu (wodospady, dzień na stronę brazylijską)
2- Foz de Iguazu (wodospady, dzień na stronę argentyńską)
3- Foz de Iguazu -> Rio de Janeiro (przelot, relaks)
4- Rio de Janeiro (zwiedzanie)
5- Rio de Janeiro -> Warszawa (zwiedzanie, zakończenie wyprawy, wylot do Polski)
6 - Przylot do Warszawy

wtorek, 16 lipca 2013

O szczepionkach i malarii słów kilka

Podczas wypadów do odległych krajów, w całej masie różnorodnych zagrożeń począwszy od kradzieży, przez skutki ryzykownej jazdy lokalnych autobusów, aż po napad z bronią w ręku czyhają na nas także zagrożenia związane z chorobami tropikalnymi.

Chciałbym przybliżyć pokrótce na jakie potencjalne problemy z tym związane możemy natknąć
się w czasie naszej podróży, a także to jak staramy się zminimalizować ryzyko z tym związane.

Najpierw szczepienia

Tak się składa, że na wiele spośród tropikalnych chorób istnieją szczepionki.
Na temat czy warto się szczepić czy nie, jest wiele dyskusji, ja pozostanę przy stanowisku: "TAK WARTO SIĘ SZCZEPIĆ", popartym własnym doświadczeniem, a także rozmowami z kilkoma lekarzami. Przekonywać nikogo do niczego nie będę, bo naukowej wiedzy w tym temacie nie mam :).

Jakie szczepionki są wymagane lub zalecane w poszczególnych krajach znaleźć możemy najłatwiej w sieci, (np.  http://www.medycynatropikalna.pl) aczkolwiek moim zdaniem pełną i rzetelną informację zawsze najlepiej uzyskać u lekarza.

Aktualne szczepienia, które my posiadamy to:
-dur brzuszny (odporność na 3 lata)
-tężec i błonica (odporność na około 10 lat)
-WZW A (odporność na min. 25 lat)
-WZW B (odporność zazwyczaj na całe życie)
-żółta febra (odporność na min. 10 lat)

Ja odnawiałem tylko jedną szczepionkę, bo reszta była aktualna, tak dobrze nie miała niestety Edyta ;).

W zasadzie jest to standardowy zestaw szczepień zalecany przy wyjazdach do większości krajów Ameryki Łacińskiej. Warto pamiętać, że żółta febra jest nie tylko zalecana, ale także wymagana przy wjeździe do niektórych państw (w Ameryce Płd są to Brazylia oraz Gujana Francuska). To czy jest to egzekwowane to już osobna historia :). Dokumentem potwierdzającym szczepienie przeciwko żółtej febrze jest Międzynarodowa Żółta Książeczka Szczepień.

Zaszczepić nie jest się trudno, wystarczy udać się do Międzynarodowego Punktu Szczepień, punkty takie znajdują się w większości dużych miast. Większym problem jest cena, gdyż każda ze szczepionek to wydatek rzędu 100-300zł... Plus jest taki, że odporność utrzymuje sie przez kilka lat w większości przypadków.

Co ciekawe, lekarz którego odwiedziłem podał pod rozwagę także szczepienie przeciwko cholerze i wściekliźnie, jednakże nie zdecydowaliśmy się na nie.
Napisze tylko tyle, że cholera to szczepionka, którą podaje się w dwóch dawkach (w postaci płynu), a odporność utrzymuję się tylko przez dwa lata. Na dodatek koszt dwóch dawek to 400zł! Podziękowaliśmy, pozostało nam przestrzeganie podstawowych zasad higieny :).
Jeśli chodzi o wściekliznę, to prawdopodobieństwo zakażenia istnieje, np. poprzez ugryzienie, jednak zawsze możemy zareagować po fakcie (co nie znaczy, że bagatelizuje tą chorobę, bo tutaj naprawdę nie ma żartów). W przypadku pogryzienia w obszarach odległych i dość dzikich (a w takowych będziemy też przebywać :)) sprawa znacznie się komplikuje, jednak przebywać będziemy głównie w rejonach górskich gdzie to ryzyko znacznie spada.

Malaria

Z malarią jest większy problem, a to dlatego, że nie ma na nią szczepionki, możemy tylko zapobiegać i minimalizować prawdopodobieństwo choroby.
Pierwszą i podstawową zasadą jest minimializowanie ukąszeń przez komary, gdyż to one są głównym źródłem zakażenia. Jak to robić?
Sprawa jest dość prosta, najlepiej wyposażyć się w koszulę z długiem rękawem i zapas repelentów, o krótkich spodenkach także możemy zapomnieć (swoją driogą krótkie spodenki w dżungli nie są wskazane z wielu innych powodów :)).
Z doświadczenia wiem, że te proste reguły naprawde zmniejszają ilość ukąszeń przez komary.
Jeśli chodzi o repelenty, to na rynku jest ich cała masa. Ważne żeby posiadały dużą zawartość DEET w składzie, zwykły OFF napewno nie wystarczy (przynajmniej w moim przypadku się nie sprawdza). Ja używałem i w najbliższym czasie zabieram ze sobą Mugge, sprawdzona (przeze mnie) dobra marka.

Kolejny sposób zapobiegania malarii to zażywanie leków profilaktycznych.
Ja używałem Malarone. Ogólnie oceniam pozytywnie, jednakże skutki uboczne w postaci częstych zawrotów głowy mnie nie ominęły :)
Inna sprawa to cena tego leku, jedno opakowanie to koszt minimum 150zł. Można je także zakupić od osób, które wróciły z tropików i nie wykorzystały swoich
zapasów, takich ofert w internecie znajdziemy sporo jednak zawsze wiąże się z nimi pewne ryzyko. No ale taniej jest na pewno :).

Jeśli o nas chodzi, w tym roku nie mamy zamiaru zażywać Malarone, tym razem zdajemy się na repelenty i koszule :)
Głównie z tego powodu, że do dżungli tym razem nie schodzimy, no a tam ryzyko zawsze jest największe.

To nie koniec...

Niestety to nie koniec listy :)
Z tych chorób które stanowią realne zagrożenie pozostają jeszcze: denga, choroba Chagasa, leiszmanioza, leptopspiroza, ...
Na pewno jest tego więcej, i żeby było zabawniej na te choroby szczepionek już nie ma. Jeśli więc ktoś wybiera się w tropiki musi liczyć się z takim ryzykiem :)

Podsumowując, o zdrowie dbać trzeba, dlatego też sczepienia już za nami, a apteczka wypełniona po brzegi i w pełnej gotowości. Oby nie była używana zbyt często :)